Przygotowania do szkoły
Pierwszego września 1958r. w piękny słoneczny dzień razem z mamą wyszłam do szkoły .Dobrze pamiętam jak mojej kochanej mamie zależało bardzo abym miała uszyty mundurek z dobrego wełnianego materiału,spódniczka była wkładana przez głowę i na to góra naturalnie bez białych tasiemek.Zaraz pierwszego dnia wyróżniałam się strojem.W drugim dniu poszłam do szkoły z tornistrem i pięknie uszytym
fartuszku, charakteryzował się zapięciem na plecach ,pięknym kołnierzykiem,oraz czarnym kolorem ,a nie
granatowym, zapinanym z przodu ponieważ te jak twierdzili moi rodzice były zbyt pospolite.
W szkole zbierałam piątki, recytowałam wiersze.
Po trzech latach za sprawą rejonizacji zostałam przeniesiona ze Szkoły im,Kingi ,do szkoły im.Władysława
Broniewskiego.
Nową szkołą byłam zachwycona w dalszym ciągu brałam udział w konkursach recytatorskich,chodziłam
na zajęcia plastyczne,śpiewałam w chórze.
To były wspaniałe lata ,miałam kochanych dziadków i rodziców
Dziadusek Hieronim mówił do mnie Haneczka,często kupował mi do szkoły maślaną bułkę,bardzo
smaczną i rumianą.
Największym szczęściem było dla mnie jedzenie z dziaduskiem z jednej patelni , on się denerwował ,a ja
byłam szczęśliwa ponieważ babcia Zosia trzymała moją stronę i dziadek Hieronim musiał się poddać.
W mieszkaniu dziadków była kanapa zwana bambetlem, drewniana,kiedy się ją otworzyło służyła za łóżko
- Bardzo chętnie na nim spałam.
Święta,święta w dziecinstwie były cudowne, mnóstwo śniegu ,na drogach nie było samochodów,ale były dzieci i sanki frajda większa i zdrowsza niż internet.Wspaniały,rzeczywisty świat.Kuchnia na węgiel,pieczone
buły na rozżarzonych węglikach,aromat w całym domu,kiszona kapusta w beczce, a w niej całe główki
kapusty na wyśmienite gołąbki,które jadło się raz,albo dwa razy w roku .
Mieszanina Uczuć
wtorek, 1 lipca 2014
rozwijają cały organizm.Piękno przyciąga piękno,dzieją się różne
rzeczy.- Poznajemy ludzi,wybieramy znajomych,przyjaciół,partnerów.Wiatr kołysze kwiaty,deszcz je
żywi ,a my z optymizmem wkraczamy w życie.
Pamiętam swoje szóste urodziny,mój ojciec pierwszy raz odwoził
mnie na wakacje.To był 1958 r. jechaliśmy pociągiem,a bagażem
naszym była mała walizeczka no i do jedzenia kanapki.W przerwach na przesiadki piliśmy herbatę.Podróż była długa,bo
jechaliśmy z Sanoka do Torunia.Wcale nie czułam zmęczenia.
Wujek Janek i ciocia Marysia przywitali nas serdecznie i gościnnie. Codziennie ciocia piekła ciasto biszkoptowe.Jadłam
z wielką ochotą i bez żadnego zamiaru przytycia. Pamiętam
z tamtego okresu drogę piaskową po której jeździłam dużym rowerem.Nie wspomnę o wizytach do przymiarek u krawcowej. Zawsze przywoziłam kilka nowych sukienek.
Drogę powrotną spędzałam w niemieckim "Garbusku",którego właścicielem był kochany wujek ,był także
moim chrzestnym ojcem.Nigdy o mnie nie zapominał , ile razy zmieniał miejsce zamieszkania zawsze byłam jego gościem minimum dwutygodniowym.Wujek Janeczek jak nazywała go ciocia Marysia nie miał potomstwa ,ale kochał dzieci swoich braci i był bardzo serdeczny.Umarł w wieku 50-lat,a ja mam go cały czas w pamięci
Tak pusto , tak cicho ,tak błogo
Gorąco jak latem,a zimno jak w zimie
Popatrz na moją samotność
Nie bój się jej, stań przy mnie
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
